czwartek, 15 września 2011

Weekend teatralno-naukowo-rolniczy :)

        Miniony weekend był dla nas szalenie intensywny i pełen różnych zajętości. Sama nie wiem, jak udało nam się upchnąć tyle atrakcji w niecałe 3 dni.
    W piątek wieczorem byliśmy na koncercie FILHARMONII  DOWCIPU i KABARECIARNI. Muzyka klasyczna w wydaniu rozrywkowym. Było wesoło, zabawnie i na wysokim poziomie! Malicki ze swoim talentem i fortepianem, orkiestra pod batutą Bernarda Chmielarza oraz kabaret, w którym prym wiedli Laskowik i chomiczek Kiełpiński. Mieszanka wybuchowa. Coś wspaniałego!! Jeśli będziecie mieć okazję zobaczyć widowisko (wystawiane w różnych miastach w Polsce) na żywo, nie tylko w  telewizji, to idźcie koniecznie, naprawdę warto, gorąco polecam!
       W sobotę natomiast zaliczyliśmy uroczystą INAUGURACJĘ roku akademickiego. Naszego Dziesięciolatka wpisano w poczet studentów uniwersytetu. Mały otrzymał indeks, uścisk rektora i plan zajęć na najbliższe miesiące. Wiem, wiem, brzmi poważnie, ale tak naprawdę to tylko zabawa i każde dziecko szkoły podstawowej może zostać studentem. W niektórych miastach uniwersyteckich realizowany jest projekt dziecięcych uniwersytetów dla uczniów szkół podstawowych (trzeba tylko dowiadywać się wcześniej, już wiosną, z powodu dużej ilości chętnych i ograniczonej liczby miejsc). Dwugodzinne, interaktywne zajęcia odbywają się raz w miesiącu na różnych wydziałach. Fajny sposób nie tylko na spędzenie czasu wolnego przez dzieci, ale również na rozwijanie umiejętności kreatywnego myślenia i praktycznego wykorzystania nauki. Polecam.
       W niedzielę wybraliśmy się na ogromniaste TARGI ROLNICZE. W życiu nie byłam na tak wielkich targach. Tłum ludzi i ogrom stoisk  z maszynami rolniczymi, rękodziełem, żywnością, roślinami i zwierzętami hodowlanymi. Paulinka zasnęła zaraz na wejściu i mimo hałasu przespała prawie całe nasze targi. A my pobuszowaliśmy trochę pomiędzy stoiskami, spałaszowaliśmy pyszniaste kiełbaski i szaszłyki z grilla, zakupiliśmy bochen najprawdziwszego wiejskiego chleba, słój miodu i cebulki kwiatów do ogródka. Licząc z dojazdem tam i z powrotem, minęła nam prawie cała niedziela.
     W międzyczasie Chłopaki wyskoczyli jeszcze na RYBY. No, poszaleli z tymi rybami. Gdy tylko mają chwilkę wolną, to myk i już łowią. Tym razem złapali 60 centymetrowego szczupaka. Okaz wśród złowionych płotek. Nie będę Wam pisać, co to była za radość. Powiedzenie "emocje, jak na rybach" może się co najmniej schować, albo musi nabrać zupełnie innego znaczenia. A wieczorem rybna kolacja w szerszym rodzinnym gronie, przygotowana przez mojego Męża.
       Tak intensywnie minął nam ostatni weekend, a kolejny zapowiada się równie ciekawie :)